Niebo nie potrzebuje Oscarów


Do rozdania Oscarów zostało kilkanaście dni. Napięcie rośnie, zwłaszcza, że „Ida” Pawła Pawlikowskiego, która dostała nominację m.in. w kategorii filmu nieanglojęzycznego ma szansę zdobyć w tym roku tę najbardziej znaną nagrodę w branży filmowej. 
Niektórych bardzo ekscytuje wyścig o statuetkę pokrytą 24-karatowym złotem, inni nie przywiązując wagi do nagród hollywoodzkiego jury sami dokonują wyborów i ocen. Przyznanie Oscara nie jest przecież jedynym miernikiem wartości filmu. Co więcej są takie filmy, które nigdy Oscarów nie zdobędą, a jednak to nie ujmuje im wartości. Poza głosami filmowców, reżyserów i scenarzystów liczą się przecież opinie tych, dla których film jest kręcony. 
 
Takim „nieoscarowym” filmem jest niewątpliwie „Niebo istnieje... naprawdę, czyli prawdziwa historia o chłopcu, który odwiedził niebo”. Film został zrealizowany na podstawie bestsellerowej książki (opartej na faktach, sprzedanej do tej pory w ponad ośmiu milionach egzemplarzy na całym świecie) i wkrótce sam stał się bestsellerem.
 
Historia zaczyna się całkiem zwyczajnie. Todd Burpo, pastor, mąż i ojciec dwójki dzieci wiedzie spokojne, ustabilizowane życie. Wszystko jednak zmienia się w chwili, gdy jego czteroletni syn Colton trafia na stół operacyjny. 
Zabieg kończy się sukcesem, chłopiec odzyskuje siły i szybko wraca do zdrowia. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pewnego dnia syn nie oznajmił tacie, że był… w Niebie.  
 „Boga nikt nigdy nie widział, tak jak widzi się Go w niebie”  - pisze św. Jan Apostoł. Bóg jest niezgłębioną tajemnicą. A tu proszę, rezolutny czterolatek uchylił właśnie jej rąbka.
Colton z dziecięcą szczerością i rozbrajającą naturalnością opowiada o tym, jak w niebie spotkał dziadka (którego nigdy wcześniej nie widział), opisuje Jezusa i anioły. Przekonuje, że nie trzeba się bać, bo Bóg jest dobry, troskliwy i każdego bardzo kocha. Wszystko to wydaje się naiwne i mało prawdopodobne. A jednak, z jego słów płynie jakaś zadziwiająca moc. Opowieści Coltona pozwalają spojrzeć na życie z innej perspektywy, wlewają w ludzkie serca otuchę i dodają nadziei.
 
„Dziecko nie ma ukrytego planu. Dziecko nie jest skażone myśleniem dorosłych” – mówi ojciec Coltona. Może dlatego ludzie mu uwierzyli? 
W udzielonym mediom wywiadzie Colton wyraził życzenie by film był ukojeniem i wzbudził w ludziach poczucie pewności, że Bóg zawsze jest przy człowieku i mu pomaga. „I nieważne przez co szatan każe człowiekowi przechodzić, Bóg to przezwycięży” – mówił chłopiec.
 
Film jest zrobiony według klasycznych amerykańskich wzorców, jest sprawnie nakręcony, zawiera wszystkie niezbędne elementy amerykańskiego stylu życia. Nie pretenduje jednak do tytułu arcydzieła czy majstersztyku. Odarty z tych wszystkich hollywoodzkich fajerwerków, bez udziału celebrytów, efektów specjalnych, zawiłych konstrukcji scenariusza pokazuje prostą prawdę. Tu na ziemi wszyscy jesteśmy tułaczami, ciągle w drodze do domu Ojca, „nasza bowiem ojczyzna jest w niebie” (Flp. 3, 20)